Katarzyna Kania lat 12, tancerka z Kęt
Z dedykacją dla mojej trenerki
Na "pudle"
Taniec to moja pasja. Myślę, że w słowie "pasja" nie ma ani odrobiny przesady, skoro każdą wolną chwilę poświęcam na taniec. Jestem uczennicą klasy piątej. Z nauką nie mam żadnych problemów. Wręcz przeciwnie, sprawia mi ona wiele satysfakcji. Z natury jestem ciekawa świata, więc uczę się chętnie i mam dobre wyniki. Jednak, gdy większość moich koleżanek spędza wolny czas na podwórku, przed komputerem czy telewizorem, ja idę na trening.
Trenuję siedem godzin w tygodniu. To trudna i mozolna praca. Stojąc przed lustrem w sali treningowej, po raz dziesiąty powtarzamy ten sam krok, figurę, ruch głowy i wciąż nie jesteśmy z siebie zadowoleni. Czasem myślimy, że to nie ma już sensu i chcemy się poddać. Jednak to tylko zmęczenie pozwala nam na takie rozterki. Na turnieju dajemy z siebie wszystko. Piszę "my", ponieważ taniec towarzyski oparty jest na pracy partnera i partnerki. Dlatego to takie trudne. Wyniki nie zależą od nas samych, naszego talentu, pracy, ale również od pracy naszego partnera. Jak mawia nasza trenerka: "W tańcu głową jest partner, zaś partnerka jest jego ozdobą". Mam szczęście, bo mojemu partnerowi talentu nie brak, choć jest młodszy i niższy ode mnie. Wielu ludzi uważa, że razem niczego nie osiągniemy. Jakby na przekór tym opiniom możemy się już pochwalić całkiem dobrymi wynikami. Jako partnerzy musimy być dla siebie bardzo życzliwi i tolerancyjni. Jeśli któreś z nas zawali coś na turnieju, trzeba być wyrozumiałym, bo nie wiesz, czy sam się nie potkniesz następnym razem. To nie jest łatwe. Nieraz kłócimy się podczas żmudnego treningu, gdy po raz setny coś nam nie wychodzi. W końcu jednak zawsze któreś z nas wyciągnie rękę na zgodę, bo oprócz naszego wspólnego celu, jakim jest taniec, ważna jest też wzajemna sympatia. Gdy jedziemy na turniej, gdy stajemy na parkiecie, zapominamy o drobnych kłótniach i nieporozumieniach. Stajemy na przeciwko siebie, przyjmujemy wyjściowe postawy i wtedy rozumiemy się bez słów. Jesteśmy parą.
Kariera tancerza oparta jest na zdobywaniu kolejnych klas, od początkującej "E" do klasy międzynarodowej "S". Aby zdobyć wyższą klasę, należy uzbierać dwieście punktów, czyli inaczej ograć dwieście par oraz zdobyć trzy "pudła". Pudłem tancerze nazywają jedno z trzech pierwszych miejsc, kiedy staje się na podium. W ubiegłym roku przeżyłam dzień, o którym marzy każdy tancerz, dzień, który z pewnością zaliczać będę do najpiękniejszych dni w moim życiu.
Osiemnastego lutego 2000 r. nasz klub taneczny zorganizował, jak co roku, Turniej Tańca Towarzyskiego "Złote Pantofelki". Dla nas ten turniej jest zawsze dużym przeżyciem, bo odbywa się w Kętach i na widowni zasiada wielu naszych krewnych, przyjaciół, kolegów ze szkoły. To bardzo nas mobilizuje, ale też mocno stresuje. Z tym dniem mój partner i ja wiązaliśmy jeszcze dodatkowe nadzieje na zmianę klasy tanecznej. Brakowało nam tylko jednego pudła i trzynastu punktów. Od rana powtarzaliśmy sobie: "Musimy, musimy zwyciężyć !" Widziałam, że emocje w tym dniu udzieliły się także naszym rodzicom, choć próbowali to ukryć. Widziałam w lustrze trzęsące się ręce mojej mamy, gdy upinała mi elegancko włosy. Strój i fryzura, to oprócz umiejętności nieodłączne elementy tańca.
Punktualnie o dziesiątej rozpoczął się turniej. Najpierw runda honorowa wokół parkietu i prezentacja klubów. Na zaproszenie naszego klubu odpowiedziało wyjątkowo wielu tancerzy. W naszej kategorii wiekowej 10 - 11 lat, klasa E, zgłosiło się piętnaście par. Była więc szansa na zdobycie potrzebnych nam punktów, ale jak ją wykorzystać. Wciąż miałam obawy, czy jesteśmy w formie, bo trzy miesiące przed tym turniejem mój partner miał wypadek samochodowy i dlatego nie mógł trenować. Nasza trenerka wciąż dodawała nam otuchy, zapewniała nas, że wierzy w nasze możliwości. To bardzo pomaga. Wszyscy nas dopingowali, koledzy z klubu poklepywali nas po ramieniu. Pamiętam jeszcze ostatnie słowa mamy: "Nie osiągniesz żadnego celu, jeśli nie uwierzysz we własne siły" i zaczęła się runda ćwierćfinałowa. Kolejno zatańczyliśmy trzy tańce latynoamerykańskie, a po krótkiej przerwie trzy tańce standardowe. Koniec muzyki. Nerwowo szukałam wzroku naszej trenerki. Na szczęście uśmiechała się. Trzymaliśmy się z partnerem mocno za ręce. Czuliśmy, że było nieźle. Minęły dla nas wieki, zanim usłyszeliśmy, jak konferansjer wyczytywał numery par, które przeszły do rundy półfinałowej. Najważniejsza była tu jedna liczba "14", którą mój partner nosił na plecach. Udało się, przeszliśmy dalej. Czas mijał szybko, ale my coraz bardziej ośmieleni, wykonywaliśmy skomplikowane figury w rytmie cha-cha, samby, walca wiedeńskiego czy quickstepa. W przerwach dopingowaliśmy naszych kolegów z klubu, którzy walczyli o zwycięstwo w innych kategoriach wiekowych i klasach tanecznych. Informację o tym, że przeszliśmy do finału, oboje z moim partnerem przyjęliśmy z dużym spokojem. Wiedzieliśmy, że jesteśmy coraz bliżej celu. Opanowanie i koncentracja były dla nas teraz najważniejsze. Nawet nasza trenerka stała obok w milczeniu. Wiedziała, że dalsze rady mogą nas tylko rozkojarzyć. Zagrały pierwsze takty muzyki, dla nas był to już ostatni popis. Strach sparaliżował mi nogi, ręce wisiały mi jak drewniane klocki. Czułam, że zaraz stąd ucieknę. Nie pamiętałam kroków. Tak blisko celu, a ja nie byłam w stanie wyjść na parkiet. Bałam się porażki, wiedziałam, że nie wystarczy tylko pragnąć. To za mało. Wtedy usłyszałam czyjeś ciche słowa, chyba mojej mamy: "Pracowałaś na to cały rok, nie zmarnuj tego, poczuj muzykę, a potem już wszystko będzie dobrze". Mój partner szarpnął mnie za rękę. Już czas. Zaczęliśmy od walca angielskiego. Nie wiedziałam, co robię, moje ciało samo poruszało się w rytmie muzyki. Trema minęła. W latynie daliśmy prawdziwego czadu, a w standardzie poruszaliśmy się lekko jak listki na wietrze.
Potem było już tylko długie oczekiwanie na werdykt sędziów. Czytali kolejno miejsca, szóste, piąte, czwarte i wywoływane pary wychodziły na środek parkietu po odbiór dyplomów. Gdy wśród par, które zajęły miejsca trzecie i drugie, nie było pary z numerem 14, wtedy łzy napłynęły mi do oczu i usłyszałam okrzyk mojego partnera: "Kaśka, wygraliśmy". Mocno chwycił mnie za rękę i poprowadził nas na podium. Stanęliśmy na najwyższym "pudle". Na naszych szyjach zawisły złote medale. Zabrzmiały fanfary tylko dla nas. Wszyscy bili nam brawa. Byłam bardzo szczęśliwa, ale czekałam z niepokojem na jeszcze jedną ważną informację. Pary zaczęły już opuszczać podium. Nerwowo szukałam wzrokiem mojej mamy. Wyczytałam z jej twarzy zaniepokojenie. To przecież nie może być koniec. I wtedy konferansjer poprosił publiczność o uwagę i zakomunikował tak ważną dla nas informację: "Para numer 14, która zajęła dziś pierwsze miejsce w kategorii 10-11 lat, zdobyła również klasę taneczną "D". Teraz dopiero w pełni osiągnęłam swój upragniony cel. Teraz wiedziałam, dlaczego tak często musiałam rezygnować z tak wielu przyjemności, do późna w nocy odrabiać lekcje, leczyć niezliczone odciski na stopach. Wiedziałam jednak, że było warto.
Od tego dnia minął już prawie rok. Mamy zdobyte kolejne 150 punktów i pięć "pudeł". Rozwijamy się szybko, pracujemy wytrwale, bo wiemy już po co. Mamy swój cel, którym jest klasa "C". Nie wiem, czy jeśli jeszcze kiedyś zdobędę wyższą klasę, to przeżyję to równie mocno, jak rok temu. Wiele się jednak wtedy nauczyłam. Wiem, że bez względu na to, co robię, musi to mieć cel. Nie wolno nam tez zapominać o tych, którzy się do osiągnięcia naszego celu przyczyniają. Dlatego tak bardzo wdzięczna jestem swojej trenerce za zaangażowanie, cierpliwość i rozbudzenie we mnie pasji do tańca, moim rodzicom, którzy mnie dopingują i umożliwiają mi trenowanie oraz mojemu partnerowi, który poza parkietem jest też moim przyjacielem. Celem, dla którego piszę to opowiadanie, jest konkurs literacki. Bez względu jednak na wynik, osiągnęłam też coś innego, bardzo dla mnie ważnego. Uświadomiłam sobie, jak bardo kocham taniec, a opisując ten najpiękniejszy dzień w moim życiu, mogłam go przeżyć jeszcze raz i poczuć się bardzo szczęśliwa.
Tancerka
Kasia Kania